fbpx
MENU

Czas zacząć krótką podróż z Sylwią i Wojtkiem

Ta historia działa się na styku województwa małopolskiego i świętokrzyskiego. Malownicze, pagórkowate okolice południa Polski, ciepły, letni dzień, czarująca Para Młoda i dzień pełen wrażeń. Tym większe były te wrażenia, że na ten reportaż jechałem z moją Agą prosto z reportażu Natalii i Dawida, który znajduje się w galerii obok. Dwa dni, dwie pary, mnóstwo twarzy i zdarzeń, 530km przelotu przez noc i kilka godzin snu. Było warto? BYŁO!

W okolice dotarliśmy o 7:00 rano i szybko wpadliśmy do hotelu by urwać jeszcze kilka godzin snu przed wyruszeniem na przygotowania. Logistyka tego weekendu dopisała świetnie i na miejsce przygotowań, czyli do Hotelu Mercure w Racławicach dojechaliśmy taktyczne pół godziny przed czasem. Jako, że przyjęcie weselne miało miejsce tam gdzie przygotowania, to skorzystałem z okazji przygotowania sprzętu na sali.

Przygotowania były BAAARDZO dynamiczne, bo czasu było nie wiele, a całość dodatkowo skomplikowała muszka Wojtka. Czterech facetów zostało przez nią pokonanych. Dopiero świadkowa Sylwii uratowała sytuację jak i z resztą przebieg całych przygotowań. Żelazna robota! U Sylwii też było szybko. W zasadzie nigdy nie fotografowałem przygotowań w takim tempie. Jak na  fakt, że był to drugi dzień fotografowania z ciężką nocą, to początek tego dnia postawił poprzeczkę wysoko 😀 Niech mi ktoś powie, że do tej roboty nie trzeba być fit i mieć kondycji konia. Po każdym repo licznik na telefonie pokazuje mi 25 tysięcy kroków wliczając skłony, przysiady, biegi i co tylko. Niejeden fascynat sportu mógłby wysiąść przy takim cardio. Trochę kontrast do tego co myśli wielu, że taki fotograf to ma fajnie, bo jedzie sobie porobić zdjęcia i jeszcze się naje 😀

Na ceremonię weszliśmy punkt 16:00. Po drodze wszystkie trzy auta, czyli to z Wojtkiem, drugie z Sylwią i moje raczej nie jechały zbyt przepisowo. Przejazdu było 30km do kościoła, a hotel opuszczaliśmy 15:40. Górskie uliczki, tereny zabudowane po drodze. Lepiej nie pisać tu ile bywało na liczniku. Na szczęście od rozpoczęcia ceremonii wszystko tego dnia nieco zwolniło. Ceremonię uświetniło długie, acz niewątpliwie ciekawe przemówienie księdza.

Przyszedł czas na przejazd spowrotem do hotelu. Tym razem zgodnie z przepisami 😀 Przyjęcie weselne to już moment kiedy można nieco odetchnąć, bo wszelkie kwestie logistyczne zostają z tyłu. Co prawda zawsze jestem w pełni bojowym nastroju, aż do końca pierwszego tańca. To ważny moment, ale dziwnym trafem właśnie wtedy goście uwielbiają kopnąć w statyw od lampy, która się obróci i popsuje to co szykowałem skrzętnie 30 minut, gdy inni jedli. Nigdy nie jestem spokojny dopóki pierwszy taniec nie jest uwieczniony. Później wcale nie zwalniam tempa i raczej szukam kadrów, niż siedzę przy stoliku, ale w głowie nie ma już żadnego znaku zapytania co do tego co się wydarzy.

Samo przyjęcie przebiegło bardzo przyjemnie i było dużo fotogenicznych momentów. Wisienką na torcie była krótka sesja na zboczu wzniesienia za hotelem. Kilka chwil za późno, bo zrobiło się baaardzo szaro, ale Sylwia i Wojtek wspaniale zagrali na tej krótkiej.

Zapraszam Was do zdjęć poniżej 🙂

 

 

 

ZAMKNIJ